Kim jestem - kobietą, lat trzydzieści kilka, zawód wykonywany: grafik/DTP na usługach poligrafii. Informacje dodatkowe, istotne dla tej historii: słabo słyszę - używam aparatów słuchowych, oraz mam dwa koty, adoptowane znajdy. Nie mam za to męża ani dzieci, klasyczna
Za dwa tygodnie zaczynam nową pracę w miejscu, w którym nigdy nie sądziłam, że się znajdę - owszem, miewałam myśli "a może by tak popracować za granicą, ludzie wyjeżdżają i sobie chwalą", i od razu wiedziałam, że samodzielnie się na to nie zdobędę. Bo niewiele bywałam za granicą, bo nie operuję swobodnie żadnym językiem obcym, bo w Polsce mi trochę trudno, ale w innym kraju będzie jeszcze trudniej, bo łatwiej byłoby wyjechać z kimś, ale nie było nikogo, kto by mnie mobilizował, bo tutaj miałam niezłą pracę i w miarę poukładane życie, więc po co zmieniać coś, co działa przyzwoicie, prawda.
Przez wiele lat pracowałam w polskiej firmie poligraficznej, z nadzieją, że będę się doskonalić i piąć w górę po zawodowej drabince. Udoskonaliłam się zawodowo, owszem, ale z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że po kilkunastu latach wciąż jestem na tej samej pozycji w hierarchii i nie czuję się szczególnie szanowana w miejscu pracy. Ostatni rok był trudny i burzliwy, miotałam się między "może jednak będzie lepiej" a "nie oszukuj się, gdyby mogło być lepiej, to już dawno by było", aż doszło do momentu, w którym kierownictwo znacząco ułatwiło mi podjęcie decyzji i podziękowałam za współpracę w trybie natychmiastowym.
Następnym etapem był oczywiście potworny stres, że nie znajdę innej pracy, ponieważ wcześniejsze wielomiesięczne wysyłanie CV w odpowiedzi na rekrutacje dało bardzo marne wyniki. Niespodziewanie jednak tuż po mojej rezygnacji trafiło się kilka ofert dla mojej specjalizacji [bo wiecie, detep to nie zawsze znaczy to samo] i okazało się, że trzy firmy są zainteresowane przyjęciem mnie pod swoje skrzydła. Było to bardzo oszałamiające i musiałam się mocno zastanowić, co wybrać, a tymczasem znalazła się jeszcze czwarta chętna firma. Trzy były z moich okolic, czwarta z Niemiec. Po długich i trudnych analizach, liczeniu za i przeciw, szacowaniu potencjalnych zysków i strat oraz masowej agitacji fejsbukowych friendów postanowiłam zaryzykować, wyjechać na kilka miesięcy do Germanii i zobaczyć, co mogę tam wywalczyć [pieniądze, poważanie, koncerty metalowe, wycieczki krajoznawcze, trasy na rower! Hm, chyba kanonicznie powinno być coś jeszcze? a, już wiem: piękni mężczyźni!]
Wedle ostatnich danych zaczynam od lutego. Zatrudnienie mam pewne, podstawowe warunki omówione, firma obiecała znaleźć mi mieszkanie na początek. Raz już tam byłam, żeby zobaczyć, w co właściwie się pakuję, i żeby oni mogli zobaczyć mnie - podobno zrobiłam dobre wrażenie umiejętnościami zawodowymi, jak donoszą moje źródła plotkarskie; to bardzo miło, bo mam straszny kompleks, że nie mówię po niemiecku i angielsku i kiedy z nimi rozmawiam, czuję się bardzo niekomfortowo [por. czuć się jak ani be, ani me, ani kukuryku]. Jednakowoż pani menedżerka, która mnie zwerbowała, cały czas uspokaja, że wszystko jest OK, że dobrze sobie radzę [rozmowy kwalifikacyjne jakoś przeszłam, więc może nie ma takiej tragedii, nomenklaturę zawodową rozumiem w trzech językach, a narzędzia do pracy są po angielsku i wcześniej już ich używałam, więc tego akurat się za bardzo nie obawiam], że się wciągnę, oswoję i tak dalej. Niech tam, skoro oni się nie boją mnie zatrudnić, to ja też się nie boję!
...udaję. Jestem małym, drżącym kłębkiem stresu. Wiem, że sobie poradzę, a jeśli nie, to mogę rozwiązać umowę i wrócić, nic strasznego mi nie grozi, wszystko jest bezpieczne, pewne i załatwione, firma trzyma się pewnych standardów i potwierdziły mi to dwie zatrudnione tam osoby, ogólnie - na logikę nie ma się czym przejmować. Ale - pierwszy raz w życiu wyjeżdżam na tak długo, tak daleko, do kraju, którego praktycznie nie znam; trzeba będzie załatwić sporo formalności i przede wszystkim - tutaj na razie zostaną moje koty, a nie na razie - rodzina i przyjaciele. Niby to tylko 3 godziny lotu, lecz wydaje się trochę trudniej wskoczyć w samolot niż w pociąg i trzeba to nieco inaczej liczyć. A może to kwestia oblatania, nomen omen.
Ale spróbuję. Przynajmniej będę wiedziała, co by było, gdyby.